A dajcie wy mi wszyscy święty spokój!

11 sierpnia 2016

Obserwuję ludzi. Kolegów, których rzucają dziewczyny. Znajomych, którzy tracą pracę. Tych, którzy dowiadują się o poważnej chorobie. Jest ogromna różnica w reakcjach poszczególnych osób, na to co się wydarza. Jedni reagują spokojnie, są opanowani, tak jakby żadna sytuacja nie mogła wyprowadzić ich z równowagi. Być może to nawet trochę dziwne, chciałoby się rzec – nienaturalne. Inni panikują. Tracą apetyt. Są sparaliżowani. […]

Obserwuję ludzi.
Kolegów, których rzucają dziewczyny. Znajomych, którzy tracą pracę. Tych, którzy dowiadują się o poważnej chorobie. Jest ogromna różnica w reakcjach poszczególnych osób, na to co się wydarza. Jedni reagują spokojnie, są opanowani, tak jakby żadna sytuacja nie mogła wyprowadzić ich z równowagi. Być może to nawet trochę dziwne, chciałoby się rzec – nienaturalne.

Inni panikują. Tracą apetyt. Są sparaliżowani. Dopada ich przygniatający smutek, frustracja. Czasem nawet coś poważniejszego…

Jest wiele elementów, które różnią jednych od drugich, wiem, że temat jest złożony, ale wątek który akurat dzisiaj przykuwa moją uwagę to podejście do tak zwanego „świętego spokoju” w życiu. Z moich obserwacji wynika, że osoby, które nieustannie za nim gonią o wiele częściej wpadają w poważne problemy życiowe niż ci, którzy uświadomili sobie, że „święty spokój” to utopia.

Jeszcze nie tak dawno temu sam potrzebowałem takiego przebudzenia…
Kilka lat temu, w momencie jednej z największych frustracji w moim życiu, poszedłem do swojego kierownika duchowego z prośbą o pocieszenie.
To był czas, kiedy postanowiłem na serio zająć się tym, co najbardziej pociągało moje serce – na prawdziwych pragnieniach związanych z własną przedsiębiorczością. Trudności, które pojawiły się na tej drodze były jednak tak duże, że wydawały się nie do przeskoczenia.

Naprawdę potrzebowałem pocieszenia. Tego, żeby ktoś mi powiedział, że na pewno będzie dobrze. Takiego przesłania, które da mi nową perspektywę, w której trudy i przeciwności w końcu miną i nastąpi ten upragniony „święty spokój”. Wierzyłem, że wtedy będę mógł odpocząć już tak na dobre, a cel, do którego zmierzam, zakończy się powodzeniem i będę go mógł już tylko celebrować.

Byłem zmęczony zmaganiami. To nie był pierwszy raz kiedy doznawałem frustracji wynikającej z podświadomego oczekiwania „świętego spokoju” (z pewnością nie spodziewałem się wtedy, że kiedyś papież Franciszek nazwie ten stan „przedwczesnym przejściem na emeryturę”…). Słowa, które wtedy usłyszałem od mojego kierownika duchowego przeszyły mnie na wylot. Były jak pocisk, który powinien zabić:

Chcę Ci powiedzieć coś bardzo ważnego. Myślę, że jesteś już na to gotowy. Te frustracje nigdy nie miną. Do końca życia będziesz ich doświadczał. Najważniejsze, aby nauczyć się odpowiednio na nie reagować!

Stało się wtedy coś bardzo dziwnego. Słowa, które w innych okolicznościach powinny mnie dobić, nie zrobiły tego. Perspektywa, która wcześniej jawiła się jak czarny scenariusz, nawet mnie nie poraniła. Biła od niej dziwna prawda. Tylko tyle i aż tyle!
Chwilę później, gdy – jak mawiają jezuici – „kołysałem te słowa w sercu”, przypomniał mi się prymas Wyszyński, który mówił:

Wszystko co w życiu wartościowe musi być trudne i musi kosztować. Tylko rzeczy małe i liche przychodzą łatwo.

Więc jeżeli starasz się w życiu żyć zgodnie ze swoimi pragnieniami i wartościami, to nawet perspektywa nieba nie da Ci „świętego spokoju”. Trudy i przeciwności są przecież wpisane w rozwój.

Zamiast upaść pod ciężarem ciosu, poczułem się podniesiony prawdą. Coś co powinno mnie przygnieść, podniosło mnie.

Poczułem wtedy, jakbym raz na zawsze pokonał FRUSTRACJĘ i chęć wiecznego dążenia do „świętego spokoju”. Taki paradoks. Bo z jednej strony dostałem informację, że nie da się od niej raz na zawsze uwolnić, a z drugiej poczułem, jakby jej akceptacja właśnie ją wyeliminowała. Przypomniałem sobie także lekcję, którą jakiś czas temu dał mi ksiądz Marek Dziewiecki w nagraniu o Emocjach:

Dziękuję, emocje, że mnie informujecie o czymś ważnym w moim życiu. Naprawdę dziękuję.
Postanawiam jednak robić to, co podpowiada mi rozum.

Trudności nigdy nie miną, a pełni spokoju pewnie nie doświadczysz na ziemi. Szczególnie, jeśli starasz się, aby Twoje życie miało smak – prawdziwy smak! Możesz jednak radzić sobie z problemami. Akceptując przeciwności jako nieodzowny element rozwoju, nie skupiasz się na nich aż tak bardzo. Łatwiej jest Ci się skoncentrować na rozwiązaniach. Na tym, kim jesteś i dokąd chcesz zmierzać.
Ktoś kiedyś powiedział, że droga do doskonałości to wędrówka, która nie ma mety. A jeżeli nie ma mety, to nie ma „świętego spokoju”. Zawsze będziemy doświadczać trudu, tego czegoś, co kryje się pomiędzy pragnieniem a lękiem. Myślę, że taka perspektywa rozwoju daje z jednej strony ogromną wolność, a z drugiej – motywację. Motywację dlatego, że dostajesz możliwość wzrostu, który nigdy się nie kończy; wolność dlatego, że bije z niej prawda o człowieku, który nie jest doskonały i nie może wszystkiego osiągnąć. Jest tylko – i aż – na drodze do doskonałości.

Jeszcze raz podkreślę – wiem, że temat jest złożony. Jednak dzielę się nim z Tobą, bo wydaje mi się szczególnie ważny. Może i Tobie ta prosta, choć nie łatwa do przyjęcia prawda o nieosiągalności „świętego spokoju” pomoże?
A jeżeli temat frustracji i mierzenia się z czymś, co Cię przerasta jest szczególnie dla Ciebie aktualny, to o. Adam Szustak rozpracował go bardzo wnikliwie w najnowszym audiobooku „Z procą na olbrzyma” z serii Jestem legendą.

Kamil Zbozień

P.S. Wydaje mi się, że w niebie również nie będzie „świętego spokoju”. Pomimo tego, że często śpiewamy „wieczny odpoczynek, racz im dać Panie” ;) Myślę sobie, że co jak co, ale w niebie to dopiero będzie realizacja naszych pragnień. Tam nie ma miejsca na nudę! A więc i na „święty spokój” także!

__________________________________________________________________________

ZProcaNaOlbrzyma_3D-sklep

Posłuchaj nowego audiobooka ojca Adama Szustaka OP, dominikanina i wędrownego kaznodziei. Poznaj historię Króla Dawida, który nie cofnął się przed walką z Goliatem. Razem z nim pokonaj swojego olbrzyma!

 

 

Zapisz

Zapisz

Komentarze

  1. Kasia 579 Odpowiedz

    Start

  2. Renata Gliniak Odpowiedz

    Bardzo dobry wpis Kamilu :) Bardzo prawdziwy i w 100% zgadzający się z moim poglądem na „święty spokój” ;) Nie ma takiego, ale to jest właśnie piękne w realizowaniu marzeń, w dążeniu do celu, w rozwoju, że wciąż nie masz spokoju, wciąż coś się dzieje i wciąż odkrywasz to „nowe”, co spokoju nie daje :D Bardzo dobrze to ująłeś :) Pozdrawiam ciepło, R.

  3. Agnieszka Piwowarczyk Odpowiedz

    Sformułowanie, że trud kryje się „pomiędzy pragnieniem a lękiem” jest naprawdę bardzo trafne. Można też – w nieco bardziej optymistyczny sposób – napisać, że kryje się „między marzeniem a spełnieniem”.

  4. Agnieszka Odpowiedz

    Może troszkę „z boku tematu”, ale tak mi się skojarzyło, kiedy czytałam, że człowiek „jest tylko – i aż – na drodze do doskonałości”: Jeden z rekolekcjonistów zwrócił kiedyś uwagę, że niektórzy ludzie myślą tak, jakby świętość można było osiągnąć samą tylko pracą nad sobą. „Jeszcze 2-3 turnusy rekolekcji i już będzie świetnie. Jak mi się uda zwalczyć tę i tę wadę, to już będzie to, o co Panu Bogu chodzi”. Świętość tymczasem polegać ma tylko (albo i aż) na szczerej wierze w fakt, że Bóg mnie kocha. „Jeśli wierzysz, że Bóg Cię kocha, to jesteś święty. Jeśli bardzo wierzysz, że Bóg Cię kocha, to jesteś bardzo święty”. :D

Wypowiedz się